6... >> czwartek, 3 września 2009 13:33:16
Już tak niewiele zostało.
Zapraszam do czytania.
~~~~
Gdy tylko wypowiedziała te słowa, za mężczyzną w białym garniturze pojawiła się dłoń. Nie była niczym więcej, jak tylko cieniem. I ten właśnie cień zabił mężczyznę. Rozsypał się w proch, zostawiając swój biały garnitur.
Po chwili z cienia wyłonił się Jurgen.
- Po co to zrobiłeś?! - to Anji. Był wściekły i zaskoczony. - Przecież mieliśmy go sprowadzić żywego!
- Właśnie dlatego. Vincent miałby z tego jakieś korzyści. Teraz musi obejść się smakiem.
- To najgłupsza rzecz, jaką mogłeś zrobić. - warknął Anji. - Nam też mógłby się przydać!
- Dość! Przymknijcie się obaj! - to Anna. Po raz pierwszy tak się uniosła.
- Anno...
- Nie. Bez dyskusji! Musimy się dostać do Elizjum. Natychmiast. Jest dwudziesta trzecia, mamy mało czasu! - i po tych słowach wybiegła z sali. Słyszeli, jak zbiega po schodach i wypada przez skrzypiące drzwi.
Po chwili ruszyli za nią.
Anna była łagodną osobą. Niemal całkowicie podporządkowaną swojej miłości do Ottona.
I może właśnie dlatego żadne z nich nie chciało się przekonywać, do czego będzie zdolna, jeśli księcia zabraknie.
Powrót zajął im około godzinę. W samochodzie panowała napięta atmosfera. Anna była kłębkiem nerwów. Gdy tylko dojechali, wypadła na ulicę i wbiegła do teatru.
Daleko, w innym czasie i w innym Wiedniu ładunki wybuchowe podłożone przez Vincenta wybuchły, gdy Anna rozpaczliwie próbowała przekonać Ottona do wyjścia.
Towarzyszyli jej wtedy Jurgen i Anji.
Wszystko się zapadło.
Żadne z nich nie zdołało się wydostać, aż następnego dnia służby porządkowe miasta odkopały gruzy.
Był środek dnia. Nikt tego nie przeżył. Rozsypali się. Zginęli.
Gdzieś tam pozostał Vincent i Maria.
Właśnie zbudziła się ze snu, w którym widziała ich śmierć.
Rozejrzała się zdezorientowana po pokoju, którego nie znała. Wyglądał jak sala szpitalna.
Coś jej się stało? Dlaczego trafiła do szpitala?
Nagle drzwi otworzyły się. Do sali wszedł lekarz.
- Już nie śpisz? Jak się czujesz?
- Dobrze... Tak myślę...
- Jak masz na imię?
- Maria.
- Maria... - powtórzył, patrząc na nią jakoś tak dziwnie. - Dobrze, Mario... Chodź ze mną.
Wyszli z sali, w której Maria była sama, na jasno oświetlony korytarz. Rozpoznała go.
To był ten szpital psychiatryczny. Ten sam.
Tyle, że wszystko było jasne, odnowione, używane.
Mijała lekarzy, wolontariuszy, rzadziej pacjentów.
Lekarz wprowadził ją po schodach na piętro i tam do sali, którą również pamiętała.
Stał tu ten wielki stół, bez śladu kurzu czy odchodzącej farby. Wokół niego krzesła pozajmowane przez lekarzy.
Dwa miejsca były wolne. Jedno z nich zajął lekarz, który ją tu przyprowadził, drugie ona, Maria.
- A więc? Kto to jest? - zapytał jeden z lekarzy.
- To Maria.
- Ale przecież...
Ktoś uniósł rękę i tym gestem przerwał mówiącemu.
- Mario gdzie jest Vincent?
- Nie wiem.
- A wiesz, dlaczego ty tu jesteś?
- Nie.
Ktoś szepnął "ostrożnie", gdy jeden z lekarzy podał jej okrągłe lusterko.
- Mario... Masz na imię Gabriel. - powiedział, a Maria ujrzała w lusterku twarz mężczyzny w białym garniturze.
- Ale... Jak?
- Cóż... Vincent wiedział. Ale skoro jesteś teraz Marią... Widzisz: wampiry nie istnieją. Ale ty tak bardzo w nie wierzyłaś, że twój umysł podzielił się. Żadna z twoich jaźni nie zdawała sobie z tego sprawy. Dopiero Vincent... Chciał mieć twój umysł tylko dla siebie. Jednak by to osiągnąć musiał wyeliminować pozostałych...
Każde kolejne słowo lekarza docierało do Marii coraz ciszej i wolniej. Wokół niej zapanowała ciemność.
Ale to było gdzieś tam, daleko, za mgłą.
W innym Wiedniu.
Tutaj sprawy wyglądały zupełnie inaczej.
Wpół do pierwszej. Anna miała jeszcze godzinę.
Elizjum było zupełnie puste. Wielki hol, w którym zwykle odbywały się przyjęcia, teraz był ciemny i cichy.
Anna zaglądała do szatni, łazienek, przebieralni.
Jurgen, Anji i Maria towarzyszyli jej.
Wreszcie znaleźli się na widowni.
Na wielkiej scenie stało krzesło. Na nim siedział Otto. Wspierał łokieć na oparciu krzesła, przechylał się lekko do przodu i w dół.
Prowadził cichą rozmowę z trzema osobami siedzącymi pod sceną.
- Otto!
Anna zbiegła w dół, pomiędzy siedzeniami, zatrzymała się pod sceną.
Dwie kobiety, których nigdy wcześniej nie widziała, spojrzały na nią zaskoczone. Zupełnie jak Otto i Vincent.
- Wybaczcie... - zwrócił się do trójki zajmującej miejsca na widowni - Anno co tu robisz?
- Otto musimy iść szybko! Teatr zaraz się zawali!
- Co za bzdury! - żachnął się Vincent.
- To prawda! Otto, proszę, zaufaj mi! Mogę ci wszystko wyjaśnić jak tylko stąd wyjdziemy!
- Ależ książę... Ona nie wie, co mówi... - zaczął Vincent, ale w tym momencie dopadł go Jurgen.
- Zamknij się!
Dwie kobiety odskoczyły jak oparzone. Bójka to zdecydowanie coś, w czym nie chciały uczestniczyć.
- Moje drogie, chyba będziemy musieli przełożyć tę rozmowę. - odezwał się do nich Otto, zeskakując ze sceny. Całkiem możliwe, że chciał pomóc Vincentowi, przecież byli sprzymierzeńcami, jednak Anna złapała go za rękę i zaczęła biec w stronę najbliższego wyjścia z sali.
- To nie twoja walka, zostaw ich!
- Anno! - Otto zatrzymał się gwałtownie.
Mimo świateł na scenie, wokół robiło się coraz ciemniej. To ta słynna manipulacja ciemnością Lasombrów. Vincent i Jurgen walczyli. Żaden nie chciał odpuścić.
Anna wiedziała, że Jurgen chce się pozbyć swojego twórcy, ale zawsze myślała, że wybierze inną drogę, nie otwartą walkę.
- Otto! To ich problem! Proszę! Teatr zaraz runie!
Obok jej głowy świsnęło krzesło ze sceny.
Wiedziała, że to nie ona jest tu celem, ale prawdopodobnie oberwie rykoszetem jeśli nie będzie uważać.
Właśnie w tej chwili podbiegli do nich Maria i Anji.
- Czy to ta dziewczyna? - w oczach Ottona pojawiły się niebezpieczne iskierki - Kazałem ci ją zabić!
- Otto gdyby nie ona nie byłoby mnie tu teraz! Proszę, chodźmy stąd!
Otto nie wyglądał na zadowolonego, ale coś w oczach Anny kazało mu jej posłuchać.
Jednak czas zdecydowanie działał na ich niekorzyść. Kiedy przebiegli przez korytarz, pierwszy ładunek wybuchowy z wielkim hukiem oznajmił, że to właśnie ta godzina. Zaraz za nim wybuchały kolejne.
Anji był już niemal przy wyjściu. Maria, Anna i Otto już go nie widzieli.
Korytarz za nimi zaczął się walić, kawałek sufitu runął wprost na księcia.
- Otto! - Anna już chciała rzucić się na pomoc, ale Maria pociągnęła ją do wyjścia.
- Chodź!
- Ale Otto...!
- Zaufaj mi!
Wypadły na ulicę w ostatniej chwili. Zaraz potem cały teatr runął.
komentarze [0]
5... >> środa, 2 września 2009 13:20:21
Znów po przerwie, ale historia jest nadal żywa i powoli powstaje.
~~~~
- Dobrze. Czego chcesz ty, wiem - odezwał się Jurgen do Japończyka. - Ale po co ty tu jesteś... - zwrócił się do Anny - tego jestem niezmiernie ciekaw. Bo chyba nie myślisz, że tak po prostu oddam ci Marię?
- Nie po to przyszłam. Jestem tu by ci pomóc.
- Pomóc? - Jurgen parsknął śmiechem.
- Widzisz... Całą tą sytuację możemy rozwiązać tak, byśmy oboje byli usatysfakcjonowani. Jesteś Lasombra. Czego chcesz? To oczywiste: władzy. Władzę ma Otto. Więc żeby ją zdobyć musiałbyś się go pozbyć. Ale zamach na księcia? Czy to nie zbyt...Hmm... Inaczej. Czy to nie zaszkodzi twojej reputacji? Ja mogę ci pomóc.
- Ale co ty będziesz z tego miała? Wiem,że Otto prawdopodobnie ci ufa, nie będzie się spodziewał, że z twojej strony coś mu grozi, ale...
- Z mojej strony nie grozi mu nic. - przerwała zniecierpliwiona - Jeżeli zgodzisz się na to, co powiem, oboje dostaniemy to, czego chcemy.
- Dobrze więc. Mów.
Od tamtej chwili musieli do siebie przywyknąć. Musieli współpracować wszyscy razem, we czworo.
I choć Maria zgodziła się od razu, Anji długo się zastanawiał. Jurgen przekonał go prostym wyjaśnieniem: jako książę będzie mógł szybciej zwrócić mu żonę.
Tej nocy Maria obudziła się, rozglądając się niespokojnie.
- Anna... - szepnęła cicho i Anna w jednej chwili znalazła się obok.
- Co widziałaś?
- Mężczyznę z białym garniturze na dworcu. Musimy go znaleźć.
- Wiesz cokolwiek? Jaki to dworzec? Jaki dzień? O której godzinie tam będzie?
- Wien Südbahnhof... - szepnęła Maria, w międzyczasie rysując zapamiętany ze snu obraz nieznajomego.
- Wiedeń Południowy... To największy dworzec kolejowy w Wiedniu... - mruknęła Anna, niezbyt zadowolona tym faktem.
- Dlaczego ten mężczyzna jest taki ważny? - zapytał Anji, od jakiegoś czasu przysłuchujący się ich rozmowie.
- On wie... - Maria oddała gotowy szkic Annie, ta po chwili przekazała go Jurgenowi.
- Co wie?
- On... Coś ważnego... Coś... - Maria zamknęła oczy próbując sobie przypomnieć jak najwięcej szczegółów.
- On... Będzie tam pojutrze. Inni... Też chcą go znaleźć...
- Więc musimy być pierwsi.
- Owszem, musicie.
Wszyscy odwrócili się w stronę drzwi, przez które właśnie wszedł jakiś mężczyzna.
- Widzę, że masz towarzystwo, czyżbym przyszedł nie w porę? - zapytał, patrząc wprost na Jurgena.
Po sposobie, w jaki wypowiedział te słowa i po spojrzeniu, jakim obrzucił Jurgena, Anna domyśliła się, że to właśnie jego twórcę mają przed sobą.
- Vincent. Właśnie chciałem z tobą porozmawiać. Na przykład o tym, jak u diabła oni mnie tu znaleźli, skoro prosiłem cię o dobrą kryjówkę?! - Jurgen czasem dawał się ponieść emocjom, a to była właśnie jedna z takich chwil.
- Nie czas na takie rozmowy. - przerwał mu Vincent.
- Może więc powiesz nam, czemu tak ważny jest mężczyzna w białym garniturze? - zapytał Anji, ignorując wybuch złości Jurgena.
- To o wiele lepsze pytanie. - Vincent uśmiechnął się, Anna pomyślała, że nienawidzi tego uśmiechu.
- Otóż mężczyzna w białym garniturze to jedyna osoba, która wie, co tak naprawdę się dzieje. Dlatego musicie go znaleźć i przyprowadzić do mnie.
- Dobrze. Będzie jak chcesz. - mruknął Jurgen, tylko siłą opanowując złość. Annie wydawało się, że musi mu chodzić o coś więcej niż słabo ukryta rudera.
- Świetnie. - Vincent odwrócił się i wyszedł.
Wyszli na ulicę. Po chwili znaleźli się w samochodzie. To była ta noc.
Maria, gdy tylko wsiadła, zamknęła oczy. Zasnęła.
Byli w połowie drogi na dworzec, gdy nagle obudziła się.
- Nie. Stój. Zawróć. - powiedziała szybko. Jurgen spojrzał na nią badawczo, ale zawrócił. Maria wskazywała drogę.
- Oddalamy się od dworca... - zauważył cicho Anji.
- Wiem. Jego tam nie będzie. - odparła Maria.
Dotarli na wzgórze otoczone lasem. Ich oczom ukazał się stary budynek. Brama wjazdowa była otwarta. Naniej wisiała przekrzywiona tabliczka informująca ich, że wjeżdżają na teren szpitala psychiatrycznego.
- Jesteś pewna, że to tutaj? - zapytał Anji, wysiadając z auta.
- Tak. On tu jest.
Przeszli przez zaniedbany plac i zobaczyli uchylone drzwi głównego budynku. Skrzypnęły, kiedy Jurgen otwarł je szerzej. W środku było jeszcze ciemniej niż na zewnątrz. Byli w holu rozdzielającym się na dwa korytarze. Przed nimi wznosiły się schody.
- Anji w lewo, Maria w prawo, Anna piętro. - rozkazał Jurgen.
- A ty?
- Ja sprawdzę inne budynki. Musimy go znaleźć. - po tych słowach Jurgen wyszedł.
Anji szedł cicho i powoli, gotów w każdej chwili użyć broni.
Otwierał kolejno drzwi. Prowadziły do poniszczonych sal. Trzy pierwsze przypominały gabinety lekarskie, jednak po otwarciu czwartych drzwi Japończyk usłyszał cichy szloch. Sala nie miała okien, od wewnątrz w drzwiach nie było klamki. Jednak kiedy przyjrzał się pomieszczeniu zauważył, że jest puste, a płacz po chwili ustał.
Anji niepewnie poszedł dalej. Gdy otworzył kolejne drzwi coś się na niego rzuciło. Upadł. Strzelił.
Rozejrzał się. Nic. Był sam. Zupełnie sam. A sala, którą otworzył, była zupełnie pusta.
"Nie podoba mi się to..." myślała Anna, wchodząc powoli po schodach.
Usłyszała strzał z dołu. To Anji.
Odwróciła się szybko, chcąc zbiec i sprawdzić, co się stało, ale zderzyła się z mężczyzną w białym garniturze. Dokładnie takim, jak na rysunku Marii.
Miał broń i uśmiechał się.
W tym samym momencie, gdy on powiedział "Nie idź tam", Anna krzyknęła.
Wszystko działo się zaledwie w ułamku sekundy.
Anna umilkła i cofnęła się do ściany, a na dole schodów zobaczyła Marię i Anji'ego.
- Spokojnie. Wszystko w porządku. - zapewnił ten, którego szukali, wciąż dziwnie się uśmiechając, przeniósł jednak wzrok na Marię.
- Chodźcie. - minął Annę i poprowadził ich do jednej z sal na piętrze. Ta była duża, a na samym jej środku stał zakurzony stół. Mężczyzna usiadł na jednym z podniszczonych krzeseł.
Oni również usiedli.
- Jest z wami ktoś jeszcze, prawda? Gdzie on jest?
-Nie wiemy. Wyszedł na zewnątrz. - mruknął Anji.
- Więc zaczekamy na niego. - umilkł na chwilę, oderwał wzrok od Marii i spojrzał na Annę.
- Powinnaś coś wiedzieć. Nie ufaj Vincentowi. On chce zabić księcia.
- Co? Kiedy? Gdzie?!
- Dziś. W Elizjum.
- Ale... Jak? Przecież tam nie może go zaatakować...
-Elizjum to stary teatr. Zawsze istnieje ryzyko, że się zawali. A że zawali się dziś o godzinie pierwszej trzydzieści dwie... Co z tym zrobisz to twoja sprawa. - znów przeniósł wzrok na Marię.
Anna spojrzała na zegarek i zerwała się z miejsca.
- Musimy iść!
komentarze [1]
4... >> niedziela, 26 kwietnia 2009 22:24:28
Wracam. Po okropnie długiej przerwie wracam z nową notką.
Przerwa trwała tak długo po części z powodu niesprzyjających warunków mylogowych, a po części... Cóż.
Zapraszam do czytania.
~~~~
Pierwszym, co do niej dotarło, były krople deszczu dudniące o parapet gdzieś na granicy jej świadomości.
Po chwili, wymagającej od niej większego skupienia, usłyszała również fragment rozmowy:
- I jeszcze jedno. Postaraj się dowiedzieć czegoś o żonie Muto. Obiecałem mu, że zobaczę, co da się zrobić.
Maria powoli otworzyła oczy. W półmroku dostrzegła najpierw niewyraźnie kontury mebli. Minęła chwila, nim oczy przywykły do panującej wokół ciemności.
Pod oknem stało stare biurko, chyba cudem utrzymane w jednym kawałku.
Na biurku mała lampka, dająca ledwie sugestię światła, oraz stary telefon.
Jurgen właśnie odłożył słuchawkę.
- Widzę, że się obudziłaś.- powiedział znikając w cieniu. Nie widziała go, słyszała tylko stuk jego butów o deski podłogi.
Nagle pojawił się tuż przed nią, chwycił ją za podbródek i patrząc jej w oczy, zapytał:
- Czy wiesz, co się teraz stanie?
- Tak - odpowiedziała, wcale nie próbując mu się wyrwać.
- Czy jesteś na to gotowa?
- Tak.
- Chcesz tego?
-Ta... - nie zdążyła dokończyć. Przywarł do jej szyi. Poczuła ukłucie a następnie ssanie.
Z początku bolesne, z każdą chwilą stawało się coraz przyjemniejsze, coraz bardziej podobne do rozkoszy pocałunku.
Widziała coraz mniej wyraźnie, przed oczami tańczyły iskry. Świat oddalał się od niej, jak gdyby spadała w głęboką studnię.
Nagle coś nią szarpnęło. Przestała spadać. Usłyszała odbite echem głosy matki i siostry wykrzykujące jej imię.
Przez to wszystko przebijał się głos Jurgena:
- Możesz je ocalić. Możesz... żyć. Chcesz tego?
- Nie chcę umierać...
- Więc chcesz żyć? - zapytał, pojawiając się przed nią. Widziała go teraz nagle tak wyraźnie...
- Tak
- Więc pij - nakazał, podając jej kielich.
Oboje prowadzili poszukiwania zupełnie niezależnie od siebie nawzajem. Czystym przypadkiem był fakt, że dotarli na miejsce w tej samej chwili.
Dostrzegła go, gdy wysiadał z taksówki pod tą samą starą kamienicą, do której ona teraz wchodziła.
Uznała to za wspaniały zbieg okoliczności.
Nie musiała sama mierzyć się z Jurgenem.
Bo, choć mogłoby się wydawać, że on i Anji będą znów współpracować, Japończyk wyglądał na zbyt niepewnego, by mogła w to uwierzyć.
Ruszyła po schodach na górę nie zwracając uwagi na podążającego za nią wampira.
I choć na pewno już ją rozpoznał, nie zwolnił ani nie przyspieszył kroku. Zupełnie jakby fakt, że tu była, nie robił na nim wrażenia. Miał ważniejsze sprawy na głowie.
To dobrze, pomyślała. Miała nadzieję, że przynajmniej nie będą sobie wchodzić w drogę.
Stanęła przed drzwiami, z których w niektórych miejscach odeszła już farba.
Zawahała się. Czy powinna zapukać?
Wreszcie, słysząc za sobą zbliżające się kroki Japończyka, zapukała.
Prawdopodobnie wzbudziła tum zaskoczenie, bo przez chwilę nic się nie działo. Ale wreszcie drzwi otworzyły się i stanął w nich Jurgen.
- Kogo ja widzę... Anji - patrzał ponad jej ramieniem na Japończyka. - Mówiłem, że to ja się z tobą skontaktuję - przypomniał szorstko, po czym spojrzał na Annę. - A spotkania z tobą w ogóle nie planowałem. Ale skoro już sama przyszłaś... Będzie ciekawie
Po tych słowach odsunął się w głąb mieszkania, wpuszczając ich do środka.
Tego dnia, a właściwie tej nocy, kiedy po raz pierwszy zobaczyła go w Elizjum, uważnie mu się przyglądała. Nie mając o nim żadnych informacji chciała się w ten sposób czegoś dowiedzieć.
I wiele wyciągnęła wniosków z tych obserwacji.
Kiedy przekraczała próg tej rudery, wszystkie do niej wróciły.
Wiedziała, że będzie musiała uważać. Że kiedy on coś sobie postanowi, osiągnie to. I że pragnie władzy. A to dawało jej wiele możliwości.
Uśmiechnęła się, wydawałoby się, że do Marii.
Tak naprawdę uśmiech wywołał krystalizujący się w jej myślach plan.
Doskonały plan, który tym razem musiał się udać.
Musiał, gdyż po raz pierwszy w życiu, w tym życiu, miała nie wypełnić woli Ottona, a swoją własną.
Nie krępowana już rozważaniami o reakcji jej Księcia ze spokojem mogła osiągnąć cel.
Maria, wiedziona impulsem jednej ze swych wizji, uśmiechnęła się do niej również.
komentarze [0]
3... >> poniedziałek, 4 sierpnia 2008 22:30:19
Notki będą się pojawiać raz w miesiącu, ponieważ, moi mili, każdy ma swoje życie. A niektórzy tego życia mają stanowczo zbyt wiele...
Tak więc nie martwcie się, nie zostawiłam Was ani tego bloga.
Jeśli ktoś chce być powiadamiany o aktualizacjach - proszę o wpis do księgi gości.
~~~
Po chwili obok niej zatrzymała się limuzyna. Ktoś powoli opuścił szybę i zobaczyła Otto.
-Jesteś. - powiedział obojętnie i rozejrzał się po ulicy. Deszcz powoli rozmywał ślady krwi. Jej krwi. - Gdzie dziewczyna?
-On... Jurgen... Zabrał ją...
Jego twarz zmieniła się. Piękne usta wykrzywił grymas nieopisanego gniewu.
-Pozwoliłaś na to?! Jak mogłaś?!
-Ja... - zaczęła, ale nie pozwolił jej dokończyć.
-Liczyłem na ciebie! Ufałem ci! Tobie jednej, nikomu innemu! Zawiodłem się na tobie. Udowodniłaś, że jesteś nic nie warta!
-Ale... Przecież... - chciała mu wytłumaczyć, jakoś to wszystko wyjaśnić... Przecież dała z siebie wszystko, to nie była jej wina...!
-Dość. - nie chciał słuchać. - Znajdź ją i zabij. Chociaż raz przydaj się na coś. - warknął poirytowany.
-Przecież... Chciałeś mieć ją żywą...
-Zmieniłem zdanie. Pozbądź się jej i to szybko. Dla własnego dobra. - po tych słowach mruknął coś niewyraźnie do kierowcy i limuzyna ruszyła. Po chwili zniknęła za zakrętem, a na ulicy dało się słyszeć - najpierw odległe, lecz z każdą chwilą coraz bliższe - wycie syren policyjnych.
To był ten moment, kiedy powinna uciec.
I tak też zrobiła.
Pierwszym, co do niej dotarło, były krople deszczu dudniące o parapet gdzieś na granicy jej świadomości.
Po chwili, wymagającej od niej większego skupienia, usłyszała również fragment rozmowy:
-I jeszcze jedno. Postaraj się dowiedzieć czegoś o żonie Muto. Obiecałem mu, że zobaczę, co da się zrobić.
Maria powoli otworzyła oczy. W półmroku dostrzegła najpierw niewyraźne kontury mebli. Minęła chwila, nim oczy przywykły do panującej wokół ciemności.
Pod oknem stało stare biurko, chyba tylko cudem utrzymane w jednym kawałku.
Na biurku mała lampka, dająca ledwie sugestię światła, oraz stary telefon.
Jurgen właśnie odłożył słuchawkę.
-Widzę, że się obudziłaś. - powiedział, znikając w cieniu.
Nie widziała go, słyszała tylko stuk jego butów po deskach podłogi.
Nagle pojawił się tuż przed nią, chwycił ją za podbrudek i patrząc jej w oczy zapytał:
-Czy wiesz, co się teraz stanie?
-Tak. - odpowiedziała, próbując mu się wyrwać.
-Czy jesteś na to gotowa?
-Tak.
-Chcesz tego?
-Ta... - nie zdążyła nawet dokończyć. Przywarł do jej szyi. Poczuła ukłucie a następnie ssanie. Z początku bolesne, z każdą chwilą stawało się coraz przyjemniejsze, coraz bardziej podobne do rozkoszy pocałunku.
Widziała coraz mniej wyraźnie, przed oczami tańczyły iskry. Świat oddalał się od niej coraz bardziej, jak gdyby zapadała się w głęboką studnię.
Nagle coś nią szarpnęło. Przestała spadać.
Usłyszała odbite echem głosy matki i siostry wykrzykujące jej imię.
Przez to wszystko przebijał się głos Jurgena:
-Możesz je ocalić. Możesz... żyć. Chcesz tego?
-Nie chcę umierać...
-Więc chcesz żyć? - zapytał, pojawiając się przed nią.
-Tak.
-Więc pij. - powiedział, podając jej kielich.
I oto kilka dni. Kilka nocy bezowocnych poszukiwań przepełnionych żalem i goryczą.
Anna nie wiedziała właściwie, co o tym wszystkim myśleć.
Nie chciała zabić Marii. "Pozbyć się" jej jak pospolitego szkodnika, jak zwykłego śmiecia...
Zdążyła się już do niej przywiązać.
Tak... To zawsze była jej wada - miękkie serce.
Wciąż i wciąż przeżywała ten wieczór. Te słowa nie dawały jej spokoju. Jego słowa.
Jasno dał jej do zrozumienia, co o niej myśli. O niej i jej miłości do niego.
Postanowiła się poddać. Poddać i kolejnej nocy nie szukać.
Jednak gdy ta noc nadeszła, gdy obudziła się w swym wygodnym łóżku, jeszcze zanim otwarła oczy wyczuła czyjąś obecność.
Otworzyła oczy. W pokoju panowała zupełna ciemność. Nikogo nie dostrzegła.
Ale przecież był! Czuła to wyraźnie. Ktoś był w jej mieszkaniu, w tym pokoju.
-Kim jesteś? - zapytała, zupełnie spokojna.
-To ja.
Na dźwięk tego głosu po jej karku przebiegł dreszcz.
-Czego chcesz? - starała się zachować obojętny ton głosu. Na prawdę się starała.
Zapalił świecę. Zobaczyła jego smutną, tak ukochaną przez nią twarz.
-Anno... - wymówił jej imię z czułością i żalem, jak jeszcze nigdy wcześniej...
-Anno... - powtórzył - Przyszedłem cię przeprosić. Nie chciałem tego wszystkiego powiedzieć. Wiem, że mnie zrozumiesz. To było w gniewie... Przecież tu chodzi o moją... o naszą przyszłość! Anno, proszę, pomóż mi...
Dziewczyna milczała. Może mu nie ufała, a może już go znienawidziła... Musiał sięgnąć po ostatnią możliwość.
-Anno, przecież wiesz... Kocham cię. To, co mówiłem, nie było prawdą. Dobrze wiesz. Pomóż mi. Zrób to dla mnie... dla nas.
Podszedł do niej. Pocałował ją w czoło, równocześnie wsuwając jej w dłoń kartkę papieru.
-Pod tym adresem znajdziesz Jurgena. Wiesz, co robić. - powiedział i już po chwili go nie było.
Została sama. Nawet nie poczekał na odpowiedź, na zapewnienie o tym, że mu pomoże...
Jakże był pewny siebie! I, bogowie, nie mylił się.
Przecież ona zrobi dla niego wszystko!
komentarze [0]
2... >> wtorek, 1 lipica 2008 12:55:04
Oto druga odsłona.
Jeśli ktoś chce być powiadamiany o nowych notkach - zgłoszenia przyjmuję w księdze gości(te z komentarzy mogłabym przeoczyć)
~~~~
Przyszła tam jako Maria. Pokręciła się trochę, dała się zobaczyć, zauważyć, a potem zniknęła w łazience by wrócić już jako ona i znaleźć tę prawdziwą.
Dostrzegła ją przy stole z poczęstunkiem.
Nie ona jedna, lecz to ona zareagowała pierwsza. Podeszła. Powiedziała coś, czego dwaj obserwatorzy, nawet nieświadomi swej wzajemnej obecności, nie usłyszeli.
Po chwili obie zniknęły za zamkniętymi drzwiami damskiej toalety.
-Wybacz, że tak nagle "porwałam" cię z sali, ale muszę cię ostrzec... Na tej sali jest dwóch mężczyzn, którzy chcą... Nie. Ja właściwie nawet nie wiem, czego chcą, ale wiem, że są niebezpieczni. Jestem tu po to, by cię przed nimi ochronić.
Dziewczyna słuchała z uwagą, choć wydawała się zaskoczona i wykazywała dużą chęć ucieczki.
Anna nie powinna tego robić. Właściwie nie miała prawa, jednak kiedy upewniła się, że są same, powiedziała jej prawdę.
Złamała święte prawo. Nikt nie mógł zdradzać śmiertelnym tajemnic o wampirach. Nie było mowy nawet o ujawnieniu, że istnieją, wszak "maskarada musi trwać!".
Ryzykowała powodzenie misji, po części nawet własne istnienie, ale polubiła ją, Marię, żałowała również jej losu. Nie miała pojęcia, czego chcą od niej tamci, lecz wiedziała, że Otto się nią zaopiekuje i pragnęła dla niej tej opieki.
Maria uwierzyła. Być może jej dar przewidywania w jakiś sposób się do tego przyczynił. Tak naprawdę te niejasne motywy nie były ważne. Liczyło się tylko to, że powierzyła Annie swe życie.
Uknuły plan. Anna przez większość wieczoru miała "udawać" Marię, podczas gdy ta niezauważenie wymknie się do domu.
Za kilka godzin Anna przyjdzie po nią, by zabrać w bezpieczne miejsce.
Tamci z jakichś powodów przyszli po Marię tutaj, Anna mogła więc przypuszczać, że tak jak ona dotychczas, oni wciąż nie znają adresu Marii lub z jakichś przyczyn nie chcieli iść po nią "pod same drzwi". Co bardzo ułatwiało sprawę.
Świetny plan. Prosty i całkowicie możliwy do zrealizowania. W teorii.
W praktyce... No cóż. Nie wszystko poszło tak gładko, jak się spodziewała...
Jurgen. Niemiec. Lasombra. Weteran wojenny.
Twardy i skryty przeciwnik. Niezwykle przebiegły i sprytny.
Główny sprawca jej kłopotów.
Cóż. Wszystko było na dobrej drodze, by się udać.
Anna, jako poszukiwana przez wszystkich Maria, rozmawiała kilkakrotnie tak z jednym jak i z drugim. Czuła się bezpieczna, wszak w elizjum hołdowano zasadzie absolutnego braku przemocy. Nie mogli też próbować jej przemienić, gdyż to także było tu zabronione.
Kiedy oddaliła się pod pretekstem silnej potrzeby skorzystania z łazienki i odeszła kilka kroków, obiecując "szybki powrót do tak ciekawych rozmówców", usłyszała sygnał swojej komórki.
Wchodząc do łazienki odebrała.
To był Otto. W jednej z ostatnich rozmów rozkazał, by na niego czekała. Miał się zjawić za trzy dni.
Jednak teraz oświadczył, że pojawi się na dzisiejszym przedstawieniu.
Miała "spokrewnić" Marię i obie miały zaczekać na niego.
Z radością powitała obietnicę spotkania z nim już w ciągu niecałej godziny. Czymże była godzina wobec tych trzech wcześniej obiecanych dni, a właściwie nocy, które miałaby spędzić na oczekiwaniu?
Zbyt jednak zawierzyła swojemu szczęściu, nie powinna być tak lekkomyślna by lekceważyć "przeciwników".
Zadzwoniła do Marii. Miały się spotkać za kilka minut przed wejściem do teatru.
Wyszła z łazienki już w swojej "prawdziwiej postaci", z którą żaden, ani Anji ani Jurgen, nie mieli do tej pory żadnej styczności. Jednak nie wiedziała, ile o niej wiedzą i wolała nie ryzykować spotkania z nimi.
Przeszła więc szybko przez salę, zmierzając ku wyjściu.
W tej samej chwili zniecierpliwiony Anji wszedł do damskiej łazienki, by po chwili wyjść i z irytacją oznajmić Jurgenowi w czterech prostych słowach całą prawdę.
-Nie ma jej tam.
Gdy Maria doszła do teatru zobaczyła czekającą na zewnątrz Annę. Lecz po chwili nie były same. Jurgen i Anji wyszli nagle.
Było zbyt późno by uciec.
Wszystko działo się szybko.
Jurgen złapał Marię i zaczął z nią biec gdzieś, coraz dalej.
Anna rzuciła się za nimi, chcąc go powstrzymać.
Anji, przekupiony zapewne obietnicą spotkania z żoną, utrudniał jej to jak mógł.
Tak. Dla Anny to była tylko chwila. Cały ten wieczór, to wszystko - tylko jedna, którka chwila. Jak mgnienie oka.
Nawet nie wiedziała, z jakiej broni ten parszywy japoniec do niej strzelał. Wiedziała, że jej tym nie skrzywdzi i on także wiedział.
Jednak oboje doskonale wiedzieli, że ją spowolni, a wtedy Jurgen zdąży uciec.
Nawet nie zauważyła, kiedy na ulicy zrobiło się mokro od krwi i deszczu. Nie dostrzegła, kiedy i dokąd uciekł ten parszywiec Mito.
Została sama w strugach deszczu, gdzieś na końcu ulicy, którą udało jej się przebiec.
"Swoją drogą... Jakie do banalne..." - pomyślała.
"W takich chwilach zawsze pada deszcz".
Przegrała. Zawiodła. Po raz pierwszy nie wykonała zadania. Jak ona mu to wytłumaczy?
Czy Otto wybaczy jej? Jeszcze nigdy nie była w takiej sytuacji, nie wiedziała, czego się spodziewać.
Ale przecież ona go kocha. I on pewnie też, prawda?
Na pewno!
komentarze [2]
1... >> czwartek, 26 czerwca 2008 17:18:59
Opowieść ta nie jest dzielona na rozdziały. Notki będą numerowane tylko dla zachowania jakiegoś porządku. Tak jakby. (;
~~~~
Dzień miał się już powoli ku końcowi.
Ludzie, którzy mijali ją, spieszyli się do domów, uciekając przed chłodem nocy.
Stała, oparta o balustradę mostu, arcydzieła architektury, wzniesionego nad Dunajem.
Wpatrzona w zachodzące słońce, podziwiała ten piękny motyw, który tu, w Wiedniu, miał w sobie tak wiele uroku.
Po chwili odwróciła się, gdy usłyszała swoje imię.
-Anna! Anna!
Z tłumu wybiegła postać. Młoda dziewczyna, której sylwetkę rozpoznawała już z daleka.
Suzane. Suz. Przyjaciółka ze szkolnej ławki, z którą wciąż utrzymywała bliską znajomość, mimo że ich drogi niejako rozeszły się. Suzan, po ukończeniu studiów, dostała się do policji.
-Cześć. - uśmiechnęła się.
-Przepraszam za spóźnienie, długo czekałaś? - wysapała Suzan, z trudem łapiąc oddech.
-Nie długo. Lepiej powiedz, po co ta wielka tajemnica, nie prościej było spotkać się u mnie?
-Nie. Koniecznie muszę ci coś pokazać! - oświadczyła, po czym złapała Annę za rękę i pociągnęła za sobą. - Niedawno otwarto nowy klub. Dekadention, czy jakoś tak, z francuska. Zresztą logo nie jest zbyt czytelne, nie ważne. - ciągnęła zaaferowana, prowadząc Annę przez coraz bardziej opustoszałe ulice. Jednak miejsce, do którego zmierzały, w ogóle nie należało do pustych i osamotnionych.
Minęło zaledwie kilka, może kilkanaście minut, lecz ulice osnuły światła latarni, słońce zdążyło już zupełnie zniknąć gdzieś tam, za horyzontem.
W końcu, gdy już, zaraz, Anna miała zapytać, czy jeszcze daleko, dotarły na miejsce.
Stanęły przed wielkimi, szklanymi drzwiami, nad którymi wisiał szyld. Wielkie, krwisto-czerwone, gotyckie litery oznajmiały przechodniom Dekadention. Choć tak na prawdę nikt nie był tego do końca pewien.
Weszły do środka. Dużo ludzi, gwar rozmów, muzyka, dym papierosowy, jakieś rozlane piwo, gdzieś dalej jakaś sprzeczka...
Jak to w klubie.
-No? To co chciałaś mi pokazać? - zachęciła Anna, gdy obie przeciskały się przez tłum w stronę baru.
-To. - mruknęła niewyraźnie Suz, wskazując ruchem głowy barmankę.
Była nią młoda dziewczyna, istotnie tak też nazywana, co Anna usłyszała już kilkakrotnie. "Młoda". Ukryta pod masą kolczyków, których pewnie połowa nie była w tej chwili nawet widoczna. Wyzywający strój kazał postrzegać ją jako osobę pewną siebie.
Anna uśmiechnęła się, a w tym samym momencie barmanka spojrzała w ich stronę.
-Kogo ja widzę! - zawołała, uśmiechając się znacząco do Suzan.
Anna zamówiła cole i przestała zwracać uwagę na flirtującą przyjaciółkę. Doskonale znała upodobania Suzan.
Rozejrzała się, w zamyśleniu zatrzymując wzrok co jakiś czas na czymś interesującym.
Głównie podziwiała wystrój.
Nawet nie miała pojęcia, że jej także ktoś się przygląda...
Anna. Nie przeszkadzało jej, gdy dzieci w przedszkolu zwracały się do niej "pani Aniu". Młoda, zaraz po studiach, miała w sobie dużo wyrozumiałości i cierpliwości.
Ale odkąd go poznała, nie chciała już słyszeć swego imienia wypowiadanego przez kogokolwiek innego. A on mówił "Anno" w taki niesamowity sposób...
Otto. Poznała go tamtej nocy w Dekadention. Od tej chwili widywali się co wieczór.
Przychodził do niej. Zawsze czekała. Na niego mogłaby czekać choćby i całą wieczność.
Spędzali razem czas. Dużo czasu. Rozmawiali, milczeli... Cokolwiek robili, było im ze sobą dobrze.
W końcu była pewna swoich uczuć. Swojej miłości. Przy nim czuła się jak księżniczka. On musiał być więc "księciem z bajki".
-Chciałabym spędzić z tobą wieczność... - te słowa zmieniły całe jej dotychczasowe życie.
Tej nocy Otto zabił ją, by przywrócić jej egzystencję w mroku.
Był księciem. Wampirem. A w dodatku jeszcze jej całym światem.
Uwielbiała go i kochała. Była gotowa zrobić dla niego wszystko.
A on doskonale o tym wiedział.
Tej nocy dostała kolejne zadanie. Jak dotąd wszystkie wypełniała doskonale.
Ale to miało być trudniejsze. Najważniejsze ze wszystkich.
Maria Lind. Córka rzeźnika. Dziewczyna przewidująca w snach przyszłe zdarzenia.
Anna miała ochronić ją przed wampirami z innych klanów i doprowadzić do księcia.
Oczywiście wszystkie wampiry w tym mieście, niezależnie od klanu, podlegały księciu, jednak Otto im nie ufał.
Za to ufał jej. Nie mogła go zawieść.
-Będzie ich dwóch. O jednym już masz informacje, o drugim nie wiemy nic. Jednak mam nadzieję, że sobie poradzisz. - oświadczył Otto którejś nocy zimnym, nieprzeniknionym głosem. Przygotowywał ją już od kilku dni... Nocy.
Anji Mito. Japończyk. Ventrue.
Zamieszany w to wszystko tylko po to, by odzyskać żonę. Żonę, którą porwano, by zmusić go do współpracy.
Już poprzedniej nocy dostała zdjęcie jego żony oraz wszystkie potrzebne informacje.
Anna. Tzimisce. Osoba, która dzięki księciu posiadła niezwykłe zdolności przeobrażania się.
Zdolności, które wciąż doskonaliła, ale to, co zdążyła opanować do tej pory, powinno wystarczyć. Musiało wystarczyć. Wiedziała, że zrobi wszystko, by tylko zadowolić księcia.
I on też doskonale o tym wiedział.
Elizjum. Miejsce bezkrwawych spotkań wampirów.
Miejsce rządzące się własnymi prawami i zasadami, których złamanie nawet szaleńcom nie przychodziło do głowy.
Elizjum. Mieszczące się w starym teatrze. To tam wszystko miało się zacząć...
komentarze [3]
Notka odautorska >> środa, 25 czerwca 2008 16:42:25
Witam.
Blog ten powstał z myślą o publikacji pewnej opowieści.
Opowieści, która miała swój koniec, ale bardzo chce ten koniec zmienić, lub chociaż oddalić.
Opowieści o wampirach.
Wszystko zaczęło się na pozornie zwykłej sesji RPG. Wampir: Maskarada.
I, jak by to powiedzieć, trochę mnie "wsysło".
Postanowiłam więc przedstawić Wam tę opowieść. W nieco zmienionej wersji, to oczywiste.
W każdym razie zachęcam do czytania (;
komentarze [0]
wieden-po-zmroku
2008
czerwiec (2)
lipiec (1)
sierpien (1)
2009
kwiecień (1)
wrzesień (2)
©MyLog.pl